środa, 26 października 2016

"Biurwa" Sylwia Kubryńska



Kto nigdy nie pracował w budżetówce, ten nie potraktuje tej książki równie osobiście, jak ja. Nie będzie miał wrażenia, że miejscami czyta o sobie. A w tych miejscach, w których nie czyta o sobie, to czyta o swoich koleżankach czy kolegach z biura obok. Jakoś tak człowiekowi robi się raźniej na duchu, kiedy może przeczytać, że pewne absurdalne sytuacje mają miejsce nie tylko w tym jednym urzędzie, w którym dane ci było parę lat temu pracować. 
Ewę facet puści przysłowiowym kantem. Nie ma pracy. Ma za to dziecko, choć powinna mieć dwoje. Na takim etapie swojego życia dostaje pracę w Urzędzie Gminy, nawet udaje jej się wynegocjować dwa tysiące ne rękę. Książka pokazuje, jak z dnia na dzień, z dziewczyny, która jeszcze niedawno całkiem nieźle ścigała się z innymi korpo-szczurami, zmienia się w klasyczną biurwę, działająca w myśl zasady "nie da się". Sylwia Kubryńska całkiem zgrabnie maluje obraz lokalnego samorządu, z Burmiszczem na czele i całą armią bardziej lub mniej ważnych urzędników. Ale to tylko tło, bo według mnie dużo ważniejsza jest historia nieszczęśliwej, szukającej pocieszenia w alkoholu, zbyt ambitnej i... bardzo samotnej kobiety, która kiedyś ojciec na dobre pozbawił poczucia własnej wartości. Więc wbrew pozorom nie jest to tylko fraszka na lokalnych urzędasów. 
Książka podobała mi się na tyle, że postanowiłam w przyszłości sięgnąć po inne, napisane przez Sylwię Kubryńską, książki - "Last minute", "Kobieta dość doskonała". "Furia mać".

"Ale historia... Mieszko, ty wikingu!" Grażyna Bąkiewicz



Jakiś czas temu rozpoczęłam poszukiwania książki, która będzie potrafiła zainteresować historią małego chłopca. Żeby mógł zobaczyć, co go czeka w późniejszych klasach podstawówki. No wiecie, wkuwanie dat i takie tam.Na przeciw moim oczekiwaniom wyszła szkolna biblioteka, bo tam właśnie znalazłam ciekawie napisaną książkę Grażyny Bąkiewicz "Ale historia... Mieszko, ty wikingu!". Adamowi podobała się bardzo, może dzięki temu, że napisana jest lekkim piórem, zawiera sporo niewymuszonych żartów, poza tym gdzieniegdzie, zamiast tradycyjnej prozy, ma wetknięty zabawny komiks. Ja spojrzałam na tą książkę trochę innym okiem - szukałam przystępnie podanych treści historycznych. I nie zawiodłam się. Dla dzieci młodszych to po prostu interesująca historyjka z dawnych czasów, a dla starszych dzieciaków sposób na łatwe i przyjemne przyswojenie wiedzy.
Bohaterem książki jest Aleks, dwunastoletni chłopak, żyjący gdzieś w nie bardzo dalekiej przyszłości. Na lekcji historii, za pomocą specjalnych ławek, dzieciaki przenoszą się do wybranego okresu historycznego. I już na samym początku uczymy się czegoś pożytecznego - daty w X wieku zaczynają się nie od 10tki, a od 9tki. No przyznajcie się, kto z Was miał z tym kiedyś problem ? Dalej jest jeszcze więcej historycznych ciekawostek, przemyconych w sprytny sposób - na ten przykład dywagacje na temat tego, dlaczego Mieszko w ogóle zdecydował się na chrzest, komiksy wyjaśniający czym były osady służebne, jak przebiegały granice państwa Polan, jakim cudem to właśnie orzeł został godłem, skąd Mieszko miał fundusze na dozbrojenie swojej armii itp. 




Dodam, że książkę przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, nie miałam poczucia, że czytam coś, co jest zdecydowanie poniżej mojego poziomu intelektualnego i dla dużo, dużo młodszych czytelników. Chcę myśleć o tym, że to zasługa autorki, a nie kwestia tego, jaki poziom reprezentuję. 

Adam przeczytał też drugą książkę z tej serii pt. "Ale historia... Kazimierzu, skąd ta forsa?" tej samej autorki. 

wtorek, 25 października 2016

Nasze najbliższe czytelnicze plany

Kiedy w jednej z moich ulubionych wysyłkowych księgarni (tym razem był to Aros) jest promocja, to żadna siła nie powstrzyma mnie przed zamówieniem ślicznych, nowiutkich, pachnących książek. Jeśli chodzi o pozycje do przeczytania dla mnie, to ograniczam się, bo mam w zanadrzu przecież nielimitowany abonament w Legimi. Niby Syn ma w zanadrzu szkolną bibliotekę, ale kupowanie książek dla niego sprawia mi ogromną frajdę. 


czwartek, 20 października 2016

Jak to z tym czytaniem u nas jest

Syn, rocznik 2009, zapalony czytacz mniej więcej od momentu, kiedy skończył 4 lata. Wcześniej też od książek nie stronił, to były jego ulubione zabawki. Czyta dużo. Czyta chętnie. Książka to dla niego zawsze dobry prezent.

Rok 2010 - miłość do książek chyba miał w genach



Mama, rocznik - o jakieś 30 lat wcześniej. Myślę, że książka i ja to zgrany duet. Choć jak sięgnę pamięcią wstecz, to z tym czytaniem bywało różnie. Nie czytałam lektur, bo nie lubiłam czytać "bo trzeba". Próby pisania własnej książki też mam za sobą. Nieudane, jak się łatwo domyślić. Pozostało mi być zapalonym czytaczem. Z moim Synem jest nas już dwoje.
I z góry uprzedzam, że nigdy nie pisałam żadnych recenzji, ba - ja się nawet na pisanie recenzji nie będę siliła. Ot parę słów, żeby wspomóc pamięć, która z roku na rok już nie ta sama, co kiedyś.